Świat, który dzieci już znały.
W tym samym czasie obserwowałem coś, co pozornie nie miało wiele wspólnego z treningiem piłkarskim. Dzieci potrafiły w bardzo krótkim czasie zapamiętać dziesiątki trudnych, absurdalnie brzmiących nazw postaci popularnych w ich internetowym świecie. Wymieniały je jak z rękawa. Rozpoznawały bohaterów, pamiętały ich wygląd, umiejętności i miejsce w całej opowieści.
Nazwy, które dorosłemu wydawały się przypadkowym ciągiem sylab, dla nich były oczywiste. Nie uczyły się ich z obowiązku. Nikt nie zapowiadał sprawdzianu. Nikt nie kazał im ich powtarzać. Zapamiętywały, ponieważ nazwy te należały do świata, który dawał im radość, budził ciekawość i poruszał wyobraźnię.
Podobnie wyglądało to w grach takich jak Minecraft czy Grow a Garden. Dzieci znały występujące w nich przedmioty, artefakty, monety, rośliny, ulepszenia i kolejne levele. Wiedziały, co trzeba zdobyć, aby rozwinąć postać, odblokować następny etap albo rozbudować własny świat.
To, co dorosłemu mogło wydawać się skomplikowanym systemem, ony przyswajały niemal naturalnie.
Zrozumiałem wtedy coś ważnego.
Nie muszę odrzucać tego języka tylko dlatego, że narodził się w świecie cyfrowym. Mogę wykorzystać jego siłę.
Nie po to, aby przenieść ekran na boisko. Wprost przeciwnie. Aby mechanizmy znane dzieciom ze świata gier skierować z powrotem do ruchu, piłki, ludzi i prawdziwego wysiłku.
Skoro dziecko potrafi zapamiętać dziesiątki przedmiotów, rozwijać wirtualną postać i przez wiele tygodni gromadzić zasoby potrzebne do osiągnięcia kolejnego poziomu, może również budować siebie jako zawodnika. Może zdobywać doświadczenie poprzez ruch. Rozwijać swoją postać poprzez pracę. Awansować dzięki decyzjom podejmowanym na boisku.
Nie chciałem walczyć ze światem, w którym dorastają współczesne dzieci. Chciałem znaleźć sposób, aby część jego energii wykorzystać dla ich prawdziwego rozwoju.

